[ Pobierz całość w formacie PDF ]

każdym
razie nie nudzę się na niej. To pewne - odparł w zamy� leniu. Nagle głos
Boba
zabrzmiał nad nimi jak dzwon: - Co z wami? - zawołał. - No właSnie, sama
nie
wiem - odparła Betty i wolno wstała z sofy. V Kiedy wrócili do salonu
było już
po przyjęciu. Ostatni go� cie zdażyli opu� cić dom Fultonów. Nie� le się
-
zagadaliSmy - pomy� lał Rick, patrzac jak senna o
rkiestra zbiera
instrumenty, a
służba uprzata stoły. PoSrodku tego pobojowiska Mary Fulton, jak oficer,
wydawała rozkazy. Kiedy ich zobaczyła, stanowczym tonem o� wiadczyła: -
Dziewczęta nocuja u nas. Kazałam już Lilly po� cielić. Ty � pisz z Rickiem
-
oznajmiła synowi. - Wolałbym z Kate, niż z tym drabem, mamo... - Po
Slubie,
Bobusiu - odrzekła twardo pani Fulton. Do niedzieli jakoS wytrzymasz.
GdybyScie
czego� chcieli, to Lilly wam poda. A ja już pójdę. Głowa mi pęka.
Wybaczcie. Pa,
moje dzieci - i Mary Fulton, przykładnie, najpierw pocałowała Kate, a
potem
syna. Widać do roli te� ciowej przygotowywała się starannie. Po wyj� ciu
matki Bob
chwycił Kate i pocałował. Dziewczyna wyrwała się i przedrze� niajac pania
Fulton,
zamiauczała wytwornie: - Do niedzieli jakoS wytrzymasz, BobuS -
wybuchnęli
Smiechem. Noc była ciepła, prawie letnia. Lekki wiatr dał od oceanu.
Lampy w
ogrodzie wygaszono i żaden promień � wiatła nie przebijał się przez
zaciemnione
okna. Bob zaproponował, żeby się trochę przeszli. - Strach i� ć - szepnęła
Betty,
chwytajac się ręki Ricka. - Boisz się duchów? - spytał Rick. Bardziej niż
duchów
bał się swego ciała, nad którym nie panował zupełnie. Betty w odpowiedzi
przywarła do niego silniej. Czuł jak wewnatrz dygoce. Z ciemnoSci parku
wypłynęła biała zjawa, która co jaki� czas przystawała. Po chwili Rick
wyłowił
mglista plamę, która zwierała się z tym widmem w długim pocałunku. - Idx
przodem! - huknał krępy duch porucznika Fultona i znów objał swoja zjawę.
-
Pierwszy raz mnie przepuszczasz - zakpił Rick. Trudno było jednak
krępować
przyjaciela. Posłuchali rozkazu i wkrótce poczuli piach pod stopami. Byli
na
plaży. - Rockway Beach - szepnęła Betty. - Lubię tu chodzić. - Ja też -
mruknał
Rick i swoim zwyczajem poprawił czapkę. Betty zdjęła pantofle i
podciagajac
wysoko suknię, badała temperaturę wody: - Ciepła jak w wannie! -
ucieszyła się.
Pozostałe widma wyłoniły się z głębi. Bob niósł na rękach Kate, która z
odchylona do tyłu głowa zwycięsko fikała nogami. "Dostał skrzydeł" -
pomy� lał
Rick, patrzac na tego czarnego ptaka. - Niexle startujesz! - krzyknał
głoSno. -
Muszę - odparł Bob pokornym głosem swego ojca. - Madame Fulton ma
delikatne
stópki - wysapał, stawiajac Kate na skraju obmytego przez wodę piasku.
Bob
rozprostował zbolały kark i z rozmachem cisnał czapka o ziemię. - Wypada
uczcić
urodziny i zmyć kawalerskie grzechy. Wam radzę to samo - stał już w
samych
kapielówkach. - I co pani na to?! Pani Fulton? - raptownie chwycił Kate
na ręce
i wszedł po kostki w wodę. - Zaraz będziesz miała chrzest, babo! -
zamachnał się
nia jak wahadłem. - Je� li wrzucisz to koniec, rozumiesz?! W Betty wstapił
jakiS
bies i z rozpędu pchnęła ich do wody. Runęli jak zgodne małżeństwo,
pierwsza
podniosła się Kate. W� ciekła otrzasnęła się z wody. Straki włosów leciały
jej do
oczu, suknia wisiała jak szmata. - Czekaj! - fuknęła i jak rakieta runęła
w
kierunku Betty, która ze � miechu nie mogła uciekać i okręcała się tylko
wokół
stojacego Ricka. Kate dopadła ja wreszcie i powaliła na ziemię. Zaczęły
się
turlać i tarzać po piasku. - Zostaw te czarownice i chodx! - krzyczał z
wody
Bob. - Po� cigamy się! - Poddaję się. Nie jestem mistrzem Harvardu! - Ale
pływasz? - Jak siekiera do dna! - odkrzyknał Rick. Dziewczyny zrzuciły z
siebie
zapiaszczone sukienki i w samych tylko majtkach i stanikach z piskiem
wskoczyły
do wody. Bob pruł jak torpeda efektownym crowlem, zostawiajac za soba
biała
smugę piany. Wyciagnięta ręka zamachał na przyjaciela: - No, nie stój jak
chuj
na weselu! Jeszcze go nie ma! Obydwie nimfy wodne również zachęcały go do
nocnej
kapieli: - Cudowna woda! - kusiły go syrenim głosem. Kapitan odpiał
zegarek,
położył na kamieniu, poprawił czapkę i, jak stał, w mundurze zaczał
wchodzić do
wody. - ZwariowałeS?! Co robisz?! - krzyknał z daleka Bob. Rick pokiwał
mu ręka
i szedł coraz głębiej. Fala sięgała mu po pier� , po szyję, a on ciagle
szedł
samobójczo, nie my� lac o pływaniu. Woda zakryła mu już głowę i tylko
wyciagnięta
ręka sterczała w górze jak maszt tonacego okrętu. Wkrótce jednak i ona
zniknęła
w odmętach. Po Ricku została tylko czapka, która unosiła się na fali.
Betty
wyłowiła ja zręcznie. %7łart spodobał się wszystkim. Czekali teraz gdzie
się
wynurzy, kiedy jednak zbyt długo nie wypływał, zaczęli się niepokoić. Był
po
paru kieliszkach i nie wiedzieli, czy umie pływać. Do tego noc. Bob
pierwszy
krzyknał. - Rick! Wyła� ! Stary, bez draki! Głucha cisza. Nic nie
odpowiadało z
otchłani. Wtedy naprawdę się przestraszyli. Zaczęli krzyczeć ze
wszystkich sił:
- Rick! Gdzie jesteS?! - wołała Betty. - Bob! Ratuj go! - wrzeszczała
histerycznie Kate. - Ale co robić? - kręcił się bezradnie, parę razy
nurkujac - [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • gim1chojnice.keep.pl